Pin It

Narty w Livigno- od dawna zabierałem się do napisania tego posta. Jestem fanem amatorskiego narciarstwa alpejskiego i jak tylko czas na to pozwala lubię wskoczyć w autko i śmignąć sobie na tydzień gdzieś w Alpy. Ze Szczecina mamy od razu autostradę przez Niemcy, wiec jazda nie jest uciążliwa. Od pewnego czasu preferuję głównie włoskie Alpy. Lubię to bo jest tam kilka fajnych dużych ośrodków, gdzie można dobrze pojeździć, stoki są świetnie przygotowane, a infrastruktura jest znakomita. Nie bez znaczenia jest także bardziej słoneczna pogoda i oczywiście…. dobre wino, najlepsza na świecie kuchnia i zakupy. Często taki wyjazd przedłużamy wyskakując dodatkowo na parę dni do naszych ulubionych miejsc w północnej i środkowej Italii. W tym roku postanowiłem zabrać syna i namówić moich kuzynów, aby też ze mną wyjechali na narty.

[Czytaj dalej…]

{ 35 comments }

Krótka historia o krótkim wypadzie do Pragi

by pszczola on Luty 18, 2010

Mój szwagier ma przyjaciela, który jest Amerykaninem z morawskimi korzeniami. Ów Amerykanin , kiedy przyjeżdża do Europy, obowiązkowo odwiedza dwa miejsca – Pragę i Szczecin. A w związku z tym, że ma czeskie koneksje ( przyjaciele przyjaciół) i polskie hobby ( lubi wypić) co jak co ale knajpy w Pradze zna doskonale. Ostatnio, przy okazji jego wizyty w Szczecinie, postanowiliśmy zatem wybrać się do Pragi.

Ze Szczecina do Pragi jedzie się jakieś cztery – piec godzin (oczywiście przez Niemcy).

Na miejscu szybko zrzuciliśmy bagaże w hotelu i udaliśmy się na … zwiedzanie. Nie będę Wam opowiadać co dokładnie zwiedzaliśmy, bo od tego są przewodniki. Jednak dla tej historii jedno ma znaczenie, to mianowicie, że na Hradczany udaliśmy się tramwajem. Do tego tramwaju wsiadło po dwóch osobników płci męskiej i płci żeńskiej z psami. I nagle w tramwaju zaczęło okropnie, ale to okropnie śmierdzieć. I to bynajmniej nie od psów. Psy akurat, były prześliczne. Jak się później okazało służyły to wzruszania ludzkich serc, kiedy to owi osobnicy zbierali na alkohol. Żeby było jasne… ci osobnicy mieli po jakieś 30 lat, więc trudno uznać, że byli to biedni bezdomni. Byli to, jak słusznie zauważył Tom, który całkiem nieźle włada językiem polskim – ŻULE.

Nie będę ukrywać, że bardzo wzruszyło mnie oglądanie turystycznych atrakcji. To, co z turystycznych atrakcji Pragi jest najznakomitsze to …. czytanie plakatów ( czeski potrafi mnie rozśmieszyć do łez np.: Narodni Divadlo – tłumaczenie dla Toma -w Polsce przykładem Narodowego Divadla jest nasz prezydent) i ……  no tak, degustacja… ( szeroko pojęta) .

Zatem po szybkim ‘oblukaniu” co ważniejszych hradczańskich zabytków udaliśmy się do wskazanej przez Toma knajpy. Knajpa , nazywa się U Hrocha ( mieści się na ulicy Thunawskiej). Jej godłem jest hipopotam. Z tego też względu hipopotamów w tej knajpie pod dostatkiem. Jednak co mi się bardzo spodobało , wisi tam także portret Franciszka Józefa. W knajpie przesiadują głównie miejscowi, o bardzo różnych profesjach. Ponoć czasami wpada tam prezydent. Prezydent Czech . Klimat niesłychanie swojski i na dodatek (absolutnie nie wiem dlaczego) kojarzący mi się z Czechami właśnie. Absolutnie w złym guście, jest tam wpadanie na „jedno piwo” ( w każdym razie w dosłownym tego słowa znaczeniu). Pan kelner, przypominający ( ach, te czeskie skojarzenia) – Rumcajsa, chciał Tomkowi zabrać zegarek, kiedy ten pokazał mu, że nie mamy zbyt dużo czasu. Z drugiej strony, pan kelner, całkiem poważnie, chciał ze mną pić wódkę, kiedy stwierdziłam, że …. nie przepadam za piwem. W knajpie siedzi się przy drewnianych stołach, ale co charakterystyczne nie jest tak, że stolik jest „przypisany” do określonych gości. Skoro miejsc jest np.: sześć a siedzą przy nim trzy, kolejne wchodzące osoby po prostu siadają przy WASZYM stoliku. Nam przytrafił się ojciec z (tak na oko) może 16 – letnim synem, którzy zgodnie, nawet z pewnym namaszczeniem wychylali po dużym kuflu. U Hrocha jest stosunkowo niedużą knajpą. Dlatego później udaliśmy się do knajpy dużej. ….

Nazywa się u Fleku. Jeśli chcecie zapamiętać adres, to Tomek ( po kilku piwach) cały czas podkreślał, że musimy się udać, na ulicę Smetanową ( piwo z rana jak śmietana)… i w zasadzie skojarzenie całkiem, całkiem bo U Fleku mieści się na … Kremencovej . Lokal, jako się rzekło jest duży, zapełniony gośćmi, ale miejsce powinniście znaleźć . Piwa się nie zamawia. Nie zamawia w tym sensie, że kelner non stop przynosi piwo gdy tylko widzi opróżniony kufel, drugi kelner przynosi becherowkę i na kartce stawiają kolejne kreski. Nie tłumaczcie, ze nie chcecie Becherowki, bo to nie ma sensu. Zresztą, sami dojdziecie do wniosku, że piwo z Becherowką U Fleku jest genialne. Dla miłośników historii dodam, że lokal ten funkcjonuje gdzieś tak od XV wieku. Dla zakupoholików – że prowadzi sklep z własnymi pamiątkami, a dla miłośników piwa, że piwo jest z ich własnego browaru. Sami rozumiecie, że na tym nasza wycieczka się nie skończyła…

Udaliśmy się do kolejnej knajpy, której adres i nazwę powiem wam, dopiero kiedy znowu spotkam się z Tomem, ponieważ absolutnie nie mogę sobie przypomnieć ani gdzie się ona mieściła ani jak się nazywała ( hmmm ciekawe dlaczego). Jednakże, (co istotne) tam bardzo, bardzo brataliśmy się z miejscowymi. Nie wiem czy to jakiś lokalny zwyczaj, ale każdy miejscowy kiedy słyszał, że jestem z Polski stwierdzał : aaaaaaa… jeszcze Polska nie zginęła !!!! ( Proszę bardzo, czy ktoś z was zna słowa CZESKIEGO HYMNU NARODOWEGO???!!!). Dostaliśmy nawet prezent. Płytę RAMMSTEIN. To znaczy, na pewno dostaliśmy OKŁADKĘ od tej płyty. A czy płyta była w środku kiedy ją dostawaliśmy pozostanie dla nas zagadką. W pewnym momencie byliśmy tak zbratani, że wywiązał się następujący dialog:

Ja: a byłeś kiedyś w Polsce?

Miejscowy: w Polsce? Ja? Nie…

Ja: No to przyjedź!

Miejscowy: samolotem ( charakterystyczny ruch lotu samolotu i lądowania)

Ja: Nie, noooo samochodem przyjedź

Miejscowy: Ja ?????!!!! ( totalne zdumienie) ja nie mam samochodu !!!

Ja jestem ŻULIK !!!!

Żebyście nie myśleli, że w Pradze można wyłącznie pić piwo, to wam jeszcze powiem, że że można też na przykład zajadać się knedliczkami z gulaszem. Do piwa- jak znalazł ;-)

{ 5 comments }

Leon – podróż do Meksyku

Właściwie to trudno mi napisać coś o Leon jako mieście. Jest to o tyle dziwne, że  cała podróż do Meksyku została zorganizowana aby odwiedzić właśnie to miasto. O tym będzie jednak następna notka. Przy okazji tej, chciałam napisać tylko, ze Leon liczy ponad milion mieszkańców i jest oddalony od Guanajuato o jakieś 60 km. Do […]

Czytaj dalej →

Guanajuato

To stolica stanu o nazwie Guanajuato w Meksyku… Szczerze mówiąc, ze wszystkich miast meksykańskich to właśnie podobało mi się najbardziej. Guanajuato zostało zbudowane w wąwozie i na brzegach rzeki. Żadna ulica nie jest więc prosta. Wszędzie trzeba albo schodzi w dół albo piąc się stromo do góry. Miasto ma niesamowity koloryt. I kilka niewątpliwych atrakcji. […]

Czytaj dalej →

Teotihuacan – miejsce, gdzie ludzie stają się bogami

 jest położone około 50 km na północ od miasta Meksyk.O historii tego miejsca trudno jest cokolwiek powiedzieć, ponieważ hmmm… według niektórych opinii zbudowali je KOSMICI. No właśnie. KOSMICI. W każdym razie jest to olbrzymi plac z wytoczonymi alejami, z których najsłynniejsza jest Avenida de los Muertos ( Droga Umarłych). Po tej alei chodzą Indianie, którzy […]

Czytaj dalej →

Cristo Rey del Cubilete, Guanajuato

Olbrzymia statua Chrystusa Króla wzniesiona na wzgórzu Cubilete (Cerro del Cubilete) wyznacza geograficzny środek Meksyku. Jest to miejsce pielgrzymek nie tylko mieszkańców Guanajuato i Leon ale i wszystkich Meksykanów. Jest to bardzo dobre miejsce na pielgrzymkę, ponieważ mierząca ponad 20 metrów i ważąca 80 ton statua góruje nad okolicą i żeby do niej dotrzeć należy […]

Czytaj dalej →