wiadomości encyklopedyczne:
stan w pół- zach Indiach. Około 57 mln mieszkańców. Stolicą stanu, a zarazem największym miastem jest Jaipur.
Jedną z najważniejszych gałęzi Radżastanu jest turystyka. Do największych atrakcji turystycznych należą:
Jaipur, Dżodhpur, Udaipur , Jaisalmer.
Jeśli chcecie zobaczyć Indie „tysiąca i jednej nocy” – siedziby maharadży, piękne kobiety w kolorowych sari, pustynie nad którymi w każdej chwili może pojawić się dżin – powinniście wybrać się właśnie tutaj.
Indie są olbrzymie. Na ich zwiedzenie potrzebne są miesiące. Radżastan jest „tylko trochę” większy od Polski. Wielu turystów jadąc do Indii decyduje się na to aby cały tygodniowy czy dwutygodniowy urlop spędzić właśnie w tym stanie.
Dawna Radżputana – kraj Radżputów – władców wojowniczych i przywykłych do luksusu.
Oczywiście, jak w całych Indiach można znaleźć tu mnóstwo skrajności. Niesamowite bogactwo i skrajną nędze.
Jednak dla mnie, Radżastan to przede wszystkim kraina … koloru.
Podobno kolory mają działanie terapeutyczne. Zielony uspokaja, czerwony pobudza. W Radżastanie kolory mają niesamowitą intensywność i tworzą mozajkę której się nie zapomina.
Flaga Radżastanu jest jednocześnie: czerwona, zółta, zielona, biała i niebieska.
Na ulicach spotkamy kobiety - ubrane jak księżniczki - w różowe lub żółte sari które… zamiatają ulicę.
I wreszcie miasta … poszczególne miasta są … różowe ( Jaipur), złote (Jaisalmer), niebieskie (Dżodhpur).
Wybrałam się na safari. Wyjechałyśmy ( wraz z Barbarą – Kanadyjką poznaną w hotelu) z Jasmaleru o godzinie 14:30 dżipem, a teraz czekamy gdzieś na pustkowiu na przewodników, którzy mają się tu pojawić z wielbłądami. Źle się czuję . W Jasmalerze zatrzymałam się w hotelu Paradies. Jest…. ciekawy . Ma bardzo ładny wewnętrzny ogródek. Właściciel hotelu organizuje wyprawy na safari ( ma ileś tam wielbłądów) , więc pozwolił nam zostawić bagaże. Nauczona wcześniejszym doświadczeniem, powiedziałam , że mogę mu zapłacić tylko zaliczkę, a resztę dopiero po powrocie z safari I TO TYLKO WTEDY, JEŚLI DOSTANĘ TO CO ON OBIECAŁ . Powiedział, że się nie obawia i wręczył nam zeszyt z referencjami… Hmmm… mam nadzieję, że ja dam mu za trzy dni równie dobre..
Siedzę sobie w dżipie i zaczepiają mnie dzieci z miejscowej wioski ( nie mam pojęcia gdzie jest ta wioska, bo na horyzoncie niczego nie widać) i nie wiem dlaczego znalazły się akurat koło nas. Zrobiłam strasznie głupią rzecz. Dałam jednemu chłopcu batonika ten się pochwalił i teraz wszystkie chcą! AAAAAAAA!!!! Nie mam więcej, nie mam więcej!!! Barbara widząc moją minę zajęła je swoim aparatem cyfrowym. Dzieci robią zdjęcia. Kierowca dżipa mówi, ze dzieci to rodzeństwo. I że one nie mówią w tym języku co on, ale jakoś się dogadują…
Indie cały czas mnie zaskakują. W Jasmalerze nie ma zasięgu postanowiłam więc zadzwonić z miejscowego telefonu, żeby poinformować rodziców, że przez następne 3 dni raczej się nie odezwę. Za rozmowę ( chyba z 10 minut albo i dłużej) zapłaciłam 30 rupii !!!!!!!!! czyli jakieś …3 złote!!!! Nasza telekomunikacja ( i wszystkie możliwe sieci) nie dorastają hinduskim do stóp!
Nasi przewodnicy to mieszkańcy okolicznych wiosek. Są bardzo biedni i – jak nam tłumaczą – dlatego się nie ożenili. Jednak ich marzeniem jest – posiadanie własnego wielbłąda. Wielbłąd kosztuje około : 10-11 tysięcy rupii. Dla nich to jest ogromna suma, na którą zbierają przez kilka lat.
„Nasze” wielbłądy nalezą do właściciela hotelu – który jest jednym z najbogatszych ludzi w mieście. Nasi opiekunowie twierdzą że nie umieją pisać ani czytać, znają za to wiele słów w obcych językach. Świetnie potrafią parodiować Japończyków. Nie lubią Żydów. Jak tłumaczą dlatego , że “IZRAELICI” przyjeżdżając na pustynie gnają wielbłądy, nie słuchają tego co mówią przewodnicy i w ogóle najchętniej zrobili by sobie safari na własną rękę. Ja mam ( chociaż może niesłusznie) swoją teorię na ten temat… Nasi przewodnicy to muzułmanie… Są jednak bardzo sympatyczni. W przeciwieństwie do wielbłądów – te są wredne. Jazda na wielbłądzie jest fajna ale wsiadanie ( a tym bardziej zsiadanie) stanowczo nie.
Po raz pierwszy w życiu jestem na pustyni. Po raz pierwszy w życiu nocuję pod gołym niebem… Za towarzyszy podróży mam Barbarę i dwóch Hindusów z wioski… Wieczorem siadamy przy ognisku. Hindusi przygotowują kolację ( bardzo dobrą) a my usiłujemy im pomagać, ale tak szczerze mówiąc nie ma w czym. Udziela nam się jednak niesamowity nastrój. Barbara wymyśla, że będziemy śpiewać piosenki „ze swoich stron”… Nie wiem o czym śpiewają Hindusi, ale my mamy w repertuarze pieśni religijne… ( ja polskie, Barbara śpiewa po angielsku). Dopiero jednak gdy zmieniam repertuar na cygańsko – kresowy sypią się niesamowite oklaski … W nocy leżę pod zwojem koców , patrzę w gwiazdy i rozmawiam z Barbarą na „kobiece” tematy … Uderza mnie nasze podobieństwo.. Podobne podejście do życia, do pracy, do facetów.. W pewnej chwili pytam Barbarę czy mnie zrozumiała. Na co ona : ależ tak, tak doskonale cię rozumiem… myślę tak samo. Na co ja : ale mi nie chodzi o to czy ty mnie rozumiesz, tylko czy mnie zrozumiałaś … Bo wiesz w zasadzie to ja nie znam angielskiego… W tym momencie obie zaczynamy turlać się ze śmiechu… Cały nastrój niezwykłości diabli wzięli.





